piątek, 8 czerwca 2012

test




Adam Zalewski to twórca, który zabłysnął na polskim rynku wydawniczym szeregiem znakomitych powieści, osadzonych w gatunku thrillera, obyczaju, a nawet grozy. Pisarz obnaża ludzką naturę, tworząc nietuzinkowe i głębokie portrety psychologiczne swoich bohaterów. A wszystko to ma miejsce w małych, uroczych miasteczkach, mieszczących się na terenie Stanów Zjednoczonych. Sielankowa atmosfera, w której skrywa się tajemnica i american dream słowem -  świat przedstawiony, który zachwyca czytelnika, zdumiewa ilością szczegółów i silnie oddziałuje na wyobraźnię. Nie inaczej jest w jego najnowszym dziele.
Małe miasteczko to powieść wielowarstwowa. Zalewski daje popis warsztatu, pokazuje, jak tworzyć obrazy, jak odmalować klimat miasta, jak odzwierciedlić bohaterów, którzy razem stanowią społeczność: są bowiem jednością, złożoną z szeregu indywidualistów. To niezwykle ciekawy zabieg, bo Zalewski nadaje swej powieści swego rodzaju "trójwymiarowość". Pierwszoplanowym bohaterem jest miasteczko Abraham w stanie Nebraska. Mieścina jak każda inna, a jednak – w ujęciu specyficznej, niezwykle sugestywnej narracji, miejsce to ożywa, pulsuje. Mieszkańcy znają się od lat. Kochają swoją ziemię, jest im dobrze. To społeczność, która przyzwyczajona jest do spokojnej, błogiej atmosfery. Dlatego właśnie zewnętrzne zagrożenie jest w stanie doprowadzić do szybkiego rozpadu tej idylli, ukazując mechanizmy, które wcale nie działają tak doskonale, jak mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka.  Cień strachu, jaki pada na mieszkańców, powoduje chaos, dezorientację i wyzwala emocje, jakie nigdy wcześniej nie miały miejsca

wtorek, 16 czerwca 2009

dzień 9.

W pracy ledwo żyłem, o godzinie 12stej już byłem po dwóch kawach mimo, że ja w ogóle nie pijam kawy. W czasie dnia pracy Ona oznajmiła , że idzie do teatru i wróci.... na pewno będzie do 20stej. Nie śmiałem zapytać kiedy dokładnie wróci bo był dostał wiązanką o ograniczaniu czy takie tam sprawy. Jednak spytałem się czy mogę z nią iść bo... bo mimo wszystko może być tam ciekawie. Otrzymałem odpowiedź, ze NIE, bo tam trzeba mieć zaproszenia.

Zorganizowałem sobie zatem kolejny wieczór sam. Odwiedziłem Wiktorie, zobaczyłem jej mieszkanie, pogadałem ze współlokatorami, pooglądaliśmy zdjęcia i tak przed godziną 22 wracałem sobie do domu na piechotę. Było ciepło, fajnie ciepło, padał deszcz, lubię jak pada deszcz i jest jednocześnie ciepło, można spokojnie moknąć bez obaw, że się będzie chory. Otrzymałem telefon, Ona właśnie wraca....Git pomyślałem, jeszcze może z godzinkę ze sobą pogadamy, pobędziemy.

Przed powrotem odwiedziła KFC ale i tak wróciła wcześnie jak na nią. Godzina 23. Wpadła, pomilczała, może jedno zdanie powiedziała i zasiadła za komputer. Po godzinie ja zebrałem się do spania bo skonany byłem, poprosiłem aby nie pracowała teraz bo spać mi się chce a rano wstaje do pracy. Odparsknęła, że ma dużo pracy i jest bezrobotna i musi coś skończyć na jutro rano. Poszukałem zatem akcesoriów lotniczych, zatkałem sobie uszy i oczy , położyłem na głowę poduszkę i starałem się zasnąć. Nic.... nie potrafię przy włączonym komputerze, stukocie klawiatury i myszki.

Coś we mnie pękło. O 1 w nocy powiedziałem jej. "NAS NIE MA, CHCIAŁBYM ABYŚ SIĘ WYPROWADZIŁA". Ona chciała rozmawiać, dyskutować, ale ja byłem tak zmęczony, że myślałem tylko o spokoju, ciszy i spaniu. W końcu zasnąłem.

dzień 8.

W niedziele nie miałem co ze sobą zrobić, nie dostałem żadnej wieści od Niej kiedy wraca więc wracając od mamy wstąpiłem do galerii grunwaldzkiej i kupiłem sobie bilet na star-trek-a, na godzine 21:30. Bardzo się zdziwiłem gdy wszedłem do domu bo Ona już tam była. Widoczniej wcześniej wróciła. Po chwili oznajmiła, że ona idzie do rynku po plecak. Nie zdziwiłem się, spodziewałem się nawet tego ale byłem ubezpieczony. Na wieść, że ja ide do kina Ona zrobiła focha.

Rozeszliśmy się. W czasie seansu dostałem sms-a, że ponieważ ja jestem w kinie to ona zostaje w rynku. Tak też zrobiła. Wróciła o 1 w nocy. Bez słowa ułożyła sie do łóżka, gdzie ja już spałem i ku mojemu zdziwieniu zaczeła się do mnie dobierać. Chciała się kochać. Więc sie kochaliśmy. Jak mi to później powiedziała ona sie kocha tylko wtedy gdy ma na to ochotę i koniec.

niedziela, 14 czerwca 2009

dzień 7

Rano obudziłem się z myślą, że tak to wszystko nie powinno wyglądać, Myśląc o tym poszedłem do sklepu po kefir, na który miałem ochote już od wczoraj i mleko dla niej na płatki. Pogadałem na gg, ustawiłem się z Agata ponieważ zbieram się do niej od jakiegoś miesiąca aż obudziła się Ona.
Bez specjalnie słowa poszła na balkon, gdzie do niej dołączyłem i zaczołem rozmowę. Poważną rozmowę bo mimo, że wczoraj było spokojnie ja nie chce takiego związku. Akceptuje dni wojny między nami ale po nich powinny być dni namiętności, miłości pełnej jakiej doznałem w przeszłości. Koniec końcem poprosiłem aby to przemyślała i podjełą decyzje czy chce byc ze mna czy nie, bo taki stan jaki jest teraz całkowicie mi nie odpowiada.
Następnie dalej przygotowywałem sie do wyjścia ponieważ nie chciałem aby mój dzień był taki sam jak wczoraj, siedzący w domu i szukający zajęcia. Ku mojemu zdziwieniu Ona zapytała się gdzie ide i kiedy wracam, po odpowiedzi odpowiedziała, "że chciałaby abym został z nia i ją odprowadził na dworzec". Jedna z nielicznych miłych rzeczy, która mi powiedziała, dlatego też zostałem i nawet miło spędziłem ten kawałek dnia.
Pod koniec, czego można było się spodziewać biegła na dworzec aby zdążyć na pociąg. To też było miłe, bo ten czas, którego jej zabrakło na dojście do dworca spedziła ze mną!.
Co nie zmienia faktu, że czekam na koniec weekendu, na jej reakcje, na jej decyzje.

dzień 6

Następnego dnia w końcu się wyspałem (dzięki bogu za święto), ale po tym jak się obudziłem i zapragnąłem coś zjeść przestało mi się już podobać, że jest dzień wolny. Żaden ze sklepów nie pracował a domu nic specjalnie do jedzenia nie było.
Ona musiała pracować, więc czekałem na nią cierpliwie do godziny 17stej troche przynudzająć ponieważ nie wiedziałem specjalnie czym się zająć. Ku mojemy zdziwieniu w okolicach umówionej godziny była gotowa. Prawdopodobnie też dlatego, że głodna była a mieliśmy wyjść na obiad.
W rynku w czasie obiadu usłyszałem, że jestem skąpy czy takie tam, bo powiedziałem, że biały-rusek jest drogi i nie warto go kupować płacąc jednocześnie 40zł za nasz wspólny obiad. Następnie zrobiliśmy sobie długi spacer koncząć z knajpie pijąc pare browarów, gdzie też coś źle powiedziałem i Ona strzeliła focha.
Wróciwszy do domu położyliśmy się osobno bez wiekszego powodu i zasneliśmy.

czwartek, 11 czerwca 2009

dzien 5.

Rano jeszcze wściekły, ledwo żywy wstałem i ruszyłem do pracy. A tam! Ku mojemu zdziwieniu, nie miałem nic do roboty zatem zacząłem rozmowę z Nią przez gg. Po parunastu minutach parowało z moich uszu, czaszka się przegrzewała, nogi chodziły pod stołem, musiałem wstać i się uspokoić. I w tym momencie napatoczył się Projekt Manager, który akceptuje mój czas i zapytał się co robiłem 1 czerwca. Wściekły odburknąłem mu , że cośtam robiłem, i kiedy to w ogóle było, nie pamiętam i że co on ode mnie chce, niech nie wymaga za dużo bo ja nie mam czasu na to. (Później przeprosiłem go za moje zachowanie).

Wróciwszy do domu, natychmiast położyłem się spać, gdyż moje zmęczenie sięgało nieba, a raczej piekła. Gdzieś tam w pokoju poszwędała się Ona, cośtam mówiła....zadzwonił telefon, cośtam chcieli i w końcu! zasnąłem. Po godzince wstałem, wykompałęm się i ruszyłem na miasto, tam miał czekać na mnie Marcin ale jak to powiedział przez telefon "ma obsuwe i że ja powinienem być już do tego przyzwyczajony". Aby wypełnić czas oglądałem zdjęcia na rynku z czasów PRLa, gdy Ona się pojawiła.

Pierwsza moja reakcja, "nie mam czasu, odczep się". I odeszła urażona. Jednak po chwili pomyślałem, że jak chce pogadać to właściwie nie ma problemu, możemy to zrobić tu i teraz i niepotrzebnie się tak zachowałem. Pobiegłem za nią, przeprosiłem i zaproponowałem tutaj rozmowe. I tak zaczeły sie dwie dłuugie godziny ciągłych oskarżeń, prenensji z obydwu stron. Z biegiem czasu jednak emocje opadły i obydwoje zaczeliśmy odczuwać ulgę a na samym końcu szczęśliwi odprowadziliśmy się , pożegnaliśmy i poszedłem na umówione spotkanie z Marcinem.

Wróciłem koło 1 w nocy a Ona znowu siedziała przy kompie a w nocy w końcu się kochaliśmy!

środa, 10 czerwca 2009

dzień 4.

Kolejny dzień, gdy niewyspany wstaje rano i praktycznie biegnę do pracy. Tam nie specjalnie mam co robić bo kryzys na świecie szaleje a projekt jest nieudolnie prowadzony. W czasie pracy pogadałem z Nią. Wyjaśniliśmy sobie wszystko, spokojny zapytałem się czy dzisiaj może poświęcić mi wieczór. Zgodziła się. Szczęśliwy dotarłem do domu i na tym się skończyło szczęście.

"Teraz? Teraz nie mam czasu, to jeszcze nie wieczór, muszę popracować a Ty nie wiem, poczytaj sobie książkę". Dobrze, no to w takim razie może ja bym sobie poszedł do znajomego, pogralibyśmy, pogadali, kiedy zamieszasz skończyć? "Nie wywieraj na mnie presji, nie wiem kiedy, nie liczę czasu, może za godzinę może nigdy". Ok. To ja znikam , zadzwonię o 22.

"Halo? I jak tam...już jesteś wolna?.....acha...ale odpocznę to znaczy na chwile i wracasz do pracy czy już dzisiaj sobie odpuszczasz?.... acha... to ja wracam, bede za 20...nie...30minut". No słuchajcie kochani, koniec imprezy, wracam do domu bo kobieta jest już wolna a to jest jej wieczór, przepraszam, wybaczcie, następnym razem posiedzę dłużej.

Po powrocie do domu moje szczęście nie trwało długo, gdyż ona nie chce rozmawiać ze mna, bo ja wyciągam od niej informacje, grac w grę planszową też nie chce już bo się denerwuje, że ma pecha, film może pooglądać. No to wybraliśmy "Big Lebowski", ale ale...ty znowu przy komputerze, co tam robisz? Odejdź proszę, obiecałaś ze to będzie wieczór dla mnie. (Poszedłem zapalić.) Dalej siedzisz? Ok, to ja włączam film. Po filmie dalej znalazłem ją przy kompie. Więc poszedłem spać.

A później...rozpętało się piekło. Powiedziałem, że mam jej już dość, ciągłego olewania, jej zachowania. Jednak rozmowa w emocjach nie trwała długo, bo ona nie chce rozmawiać, porozmawiamy jutro...